Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się gwałtownie pod jego ciężarem przechylił i wtedy stało się, że wśród brzęku i klekotu spadających naczyń pan de Sigura upadł na ziemię, twarzą do kamiennej posadzki.
— Boże! — krzyknął z mrocznego kąta celi fray Diego.
Nastała cisza. Po chwili padre Torquemada powiedział:
— Mój synu.
Fray Diego, skulony pod ścianą, przysłonił dłońmi twarz.
— Mój synu — powtórzył czcigodny ojciec — istotnie stała się rzecz straszna, ale ten człowiek stoi już przed najwyższym sądem i tylko jeden Bóg zna w tej chwili odpowiedź na pytanie: zbrodniarz to czy nieszczęsna ofiara zbrodni? Prośmy Boga, abyśmy i my tę prawdę poznali.
Fray Diego, drżący, z twarzą poszarzałą, przypadł do kolan Wielkiego Inkwizytora.
— Ojcze mój, błagam cię, pozwól mi wrócić do mego klasztoru. Przyznaję, urażona miłość własna skłoniła mnie do potępienia tego człowieka, lecz skąd mogłem wiedzieć, że moje oskarżenie aż tak daleko sięga? Za wysoko mnie, ojcze, wyniosłeś. Przeraża mnie nędza ludzkiej natury. Pozwól mi być sobą, ojcze. Jestem małym człowiekiem, który tylko w ciszy i w spokoju potrafi służyć Bogu.
Padre Torquemada położył dłoń na jego głowie.
— Cóż jest ciszą i spokojem?
— Nie wiem, ojcze. Wiem tylko, że przeraża mnie ogrom straszliwego zła.
— I sądzisz, że można uciec od tego, co się już poznało?
— Ojcze, ty najlepiej wiesz, że to, co zdążyłem