Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Pali mnie, ojcze, ponieważ jest hańbiona przez ludzi, którzy ją noszą.
— Bracie Diego, ja również noszę tę suknię.
— I nigdy się w niej nie dusisz? Powiedz, nigdy cię nie dręczy wstyd, że ludzie w tych samych habitach...
Torquemada wyciągnął spod płaszcza dłoń i stanowczym ruchem odsunął od siebie Diega.
— Milcz! Czy nie zdajesz sobie, nieszczęsny, sprawy, co mówisz? Czy wiesz, kim jestem?
Fray Diego półprzytomnie spojrzał płonącymi oczyma na starego człowieka.
— Kim jesteś? Nie wiem. Wiem, że znam cię od dawna.
— Bracie Diego — rzekł tamten cicho, prawie łagodnie — jestem brat Tomas Torquemada.
Diego boleśnie się uśmiechnął.
— Dlaczego ze mnie szydzisz? Chcesz wypróbować moją odwagę? O nie, ojcze, nie ma we mnie strachu. Gdyby zamiast ciebie naprawdę stał tu przede miną sam ojciec Torquemada, też nie odwołałbym żadnego ze słów, które powiedziałem. Moja nienawiść jest silniejsza od strachu. Nie ma we mnie, ojcze, miejsca na strach.
— Bracie Diego, opamiętaj się — rzekł czcigodny ojciec niemal szeptem, lecz ze szczególnie mocnym akcentem — stoisz przed Wielkim Inkwizytorem.
Cisza się teraz stała. Fray Diego z rosnącym w oczach natężeniem wpatrywał się w Torquemadę. W pewnej chwili podniósł rękę do czoła. Poczuł pod palcami chłodny pot.
— Boże — szepnął.
Cofnął się krok w głąb kaplicy i w tym momencie zawadził nogą o świecznik, który stał z boku ołtarza.