Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w ślad za nim i wszystkie pozostałe dzwony w mieście poczęły milknąć — nagle stała się na placu cisza. Dwóch łuczników podbiegło do czcigodnego ojca, lecz Torquemada zatrzymał ich krótkim ruchem dłoni i zeszedł z konia sam.
Zebrani pochylili głowy.
— Bądź pozdrowiony, czcigodny ojcze i najdostojniejszy panie — powiedział kanonik de Torrez.
Spodziewano się, że Wielki Inkwizytor pobłogosławi zgromadzonych, lecz Torquemada nie uczynił tego.
— Pokój z wami, wielebni bracia — powiedział po chwili głosem stłumionym, trochę już w starczy sposób skrzypiącym. — Niech wszystkie łaski pana naszego Jezusa Chrystusa spłyną na tych, którzy są ich godni.
— Amen — rzekł fray Gaspar Montijo.
Torquemada rozejrzał się po zebranych.
— Nie widzę wśród was, wielebni bracia, przedstawicieli władz świeckich. Czyżby nic nie wiedzieli o naszym przyjeździe?
Młody rycerz w lekkim mediolańskim pancerzu, połyskującym niebieskawym blaskiem, wysunął się spoza stłoczonego duchowieństwa.
— Witaj, dostojny ojcze — powiedział cokolwiek za głośno. — Mój dowódca, kapitan królewskiego regimentu, don Juan de Santangel, polecił mi złożyć wam należny hołd, prosząc jednocześnie o wybaczenie, że ze względu na stan zdrowia nie może tego uczynić sam.
— Jest chory? — spytał padre Torquemada.
— Tak, ojcze.
— Na ciele czy na duszy?
Młody rycerz nie zmieszał się.
— Nie rozumiem cię, ojcze.
— Czego nie rozumiesz? Czyż nie jesteś chrześcijaninem i nie wiesz, co jest w człowieku ciałem, a co