Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na to rzekł don Miguel:
— Tym gorzej.
— Dla nadziei?
— Dla tych, którzy się nią łudzą.
Don Lorenzo poruszył się niecierpliwie.
— Wierzyć mi się nie chce, don Miguelu, abyś będąc tak młodym, własnym tylko doświadczeniom zawdzięczał tę szczególną wiedzę o życiu. Niezwykłych musiałeś mieć nauczycieli, przyznaj się.
— Nie wiem, czy niezwykłych. Byli raczej zwykli, za to uwagi i pamięci na pewno godni. Może was to zdziwi, panie, ale jeśli z jednym z nich zetknął mnie przypadek, to właściwie w pewnej mierze wam to zawdzięczam.
Don Lorenzo zwrócił ku niemu pociemniałą twarz.
— Uważaj, don Miguelu. Jeśli nie chcesz, abym musiał zapomnieć, że jestem w twoim domu gościem, przestań mówić zagadkami.
— Nie miałem zamiaru dotknąć was, panie — odparł spokojnie don Miguel. — Spytaliście mnie o moich nauczycieli, właśnie chciałem o jednym z nich opowiedzieć.
— Nie ja nim, jak sądzę, byłem.
— Istotnie, nie wy.
— Czemu więc mieszasz mnie w te sprawy?
— To raczej ja zostałem w nie wmieszany. Posłuchajcie. Przed paroma laty, w taką samą porę deszczową jak teraz, moi ludzie znaleźli poniżej przełęczy Santa Ana człowieka znajdującego się w skrajnej nędzy i śmiertelnie wyczerpanego. Przyprowadzili go tutaj. Chorował wiele tygodni, ale nie udało się go uratować. Po paru miesiącach umarł.
Zaległa cisza.
— Kim był ten człowiek? — spytał don Lorenzo.