Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Na nadmiar skromności nie możesz się uskarżać. Mówisz takim tonem, jakbyś chciał dać do zrozumienia, że tylko ty jeden potrafisz żyć według własnych pragnień. Istotnie tak myślisz?
— Nie — odparł don Miguel — nie uważam się za człowieka uprzywilejowanego. Po prostu jedni ludzie żyją zgodnie ze swymi upodobaniami, inni wbrew nim.
— Oczywiście, jak się domyślam, przypisujesz tym pierwszym rozliczne cnoty, zwłaszcza szczególną odwagę?
— Słusznie się, panie, domyślacie. Istotnie, w naszych czasach myślenie wymaga odwagi.
— Widzę, że nie nazbyt podobają ci się nasze czasy?
— Przeciwnie, podziwiam ich doskonałą sprawiedliwość.
— Rzeczywiście?
— Dotychczas, jak wiadomo, dzieliła ludzi okrutna nierówność. Jedni wygrywali swoje życie, drudzy je przegrywali. Dzisiaj klęskę ponoszą wszyscy.
Don Lorenzo zmarszczył brwi.
— Mówisz, jakbyś był heretykiem.
— Tak myślę.
— Tym gorzej, jeśli tak myślisz.
— A nie sądzicie, panie, że wobec powszechności klęski jednak najmniejszą ponosi ten, kto ją przewiduje?
— Nie wiem. Przywykłem myśleć, iż ten zwycięża, kto klęski w ogóle nie bierze w rachubę.
— Nie wątpię, panie, że tak właśnie myślicie. Ale nadzieja zawsze kosztuje najdrożej.
Don Lorenzo napełnił puchar winem i nim podniósł go do ust, powiedział twardo:
— Nadzieja nie zna klęski.