Strona:Janusz Korczak - Sława.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jakże ja skończę szkołę, do której wcale nie chodzę? — szepnął Władek z goryczą.
— Będziesz chodził, zobaczysz. I ja będę chodził, bo wódz musi też dużo umieć.
Olek wynalazł w Warszawie szkołę niedzielną, to znaczy, że można cały tydzień pracować i tylko raz w niedzielę idzie się do szkoły. Wpis nic nie kosztuje, tylko zapisać musi właściciel dużego sklepu, bo taka jest formalność.
— Ja wszystko robię strategicznie — powiada Olek. — Szkoła — to forteca, którą chcę wziąć szturmem. Poznałem teren i przeszkody. Jutro pierwszy atak.
Nazajutrz podczas obiadu spotkali się przed wielkim sklepem, gdzie właściciel miał ich zapisać.
— Jesteś? Dobrze. Teraz głowa do góry, pierś naprzód, przeżegnaj się — i marsz, a śmiało!
Władek za żadne skarby nie byłby sam wszedł.
— Mamy nie cierpiący zwłoki interes do pryncypała — powiedział głośno Olek, wszedłszy do sklepu.
— Nie cierpiący zwłoki? — zdziwił się subjekt i wyszedł do drugiego pokoju.
Po chwili wprowadzono ich do gabinetu, gdzie siedzieli dwaj panowie: młody i stary, siwy.