Strona:Janusz Korczak - Sława.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Władek zmierzył ku drzwiom, bliski płaczu.
— A z lekcją co będzie? — zapytały dzieci.
— Jesteście źli i głupi. Nie będę was uczył.
— A ty masz mleko pod nosem — powiedział Kazio; ale Zosia zgromiła brata, przestraszona:
— Cicho bądź i nie mów mu: ty. Słyszałeś, że ojciec kazał mu „pan“ mówić?
Władek został, bo obiecali, że będą spokojni. I niby siedzieli przy stole; ale na złość źle odpowiadali i co chwila wybuchali śmiechem.
Wyszedł Władek zmęczony i smutny i przypomniał sobie, jak na dawnem mieszkaniu poszedł do kawiarni z przeciwka, do tego Smoka; prosił, żeby gdzieindziej założył swój sklep ze stolikami z marmuru.
— Mój tatuś tu był pierwszy — powiedział — poco pan wynajął naprzeciwko tatusia?
Smok nie rozumiał z początku, a kiedy się domyślił, o co idzie, przepędził Władka, nazwał go śmierdzielem, smarkaczem, który się wtrąca do nieswoich rzeczy.
I pomyślał Władek, że najbardziej boli, kiedy chce się zrobić coś dobrego, a jest się źle zrozumianym, że najbardziej boli niesprawiedliwość.