Strona:Janusz Korczak - Sława.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tunku. Niech pani nie grymasi, bo towar dobry, po cenie hurtowej.
— Nie błaznuj, Olek — powiedziała pani. — Poco udajesz głupca, kiedy jesteś rozumnym chłopcem?
Olek się zaczerwienił i zamilkł, i pani ich pożegnała, bo znów weszły dwie kobiety z metryczkami dzieci, żeby zapisać je do ochrony.
Władkowi było przykro. Kochał swego przyjaciela bardzo, ale czasem trochę za niego się wstydził. Raz nawet w czytelni powiedziano Olkowi, że, jeżeli się nie uspokoi, książek mu nie wydadzą. Wtedy też powiedziano:
— Nie błaznuj.
Wogóle Olek czasem jest mądry i miły, a czasem tak jakoś dziwnie mówi, jakby chciał koniecznie, żeby się z niego śmiali.
— Pani się rozgniewała na ciebie — zaczął Władek, chcąc przerwać niemiłe milczenie.
— To nic, przeprosimy się znowu. W niedzielę jadę do ciotki, to narwę kwiatów, ułożę bukiet i złotym atramentem napiszę: „Na przeprosiny“.
Olek dużo mówił o czasach, kiedy sam chodził do ochrony.
— Ona jest bardzo dobra. Ale tu jest inna ochrona; psubym tam chodzić