Strona:Janusz Korczak - Sława.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ojciec wziął tłomok i wyszedł razem z mamą i babcią do sieni; potem mama wróciła, usiadła na krześle i długo o czemś myślała.
Kiedy Władek obudził się drugi raz, Wicuś już nie spał. Przecierał oczy, krzywił się, rozglądał i powiedział:
— Babcia poszła do kota.
Teraz dopiero przypomniał sobie Władek, że kot został na tamtem mieszkaniu, i pomyślał, że Wicuś jest jeszcze bardzo głupi.
Mama pozwoliła iść Mani i Pchełce do kościoła z panią z dołu, bo mama parę razy rozmawiała z tą panią i pożyczyła jej balji do prania.
Wicuś poszedł do sieni do malców, a Władek usiadł z Abu na oknie.
Dziś wszystkie dzieci miały trzewiki i nie przewracały się po ziemi. Przez podwórze przeszedł ten duży zawsze obdarty chłopiec i ten, co ze stróżem razem zamiata rynsztoki, i ten, który dawał wszystkim lizać duży czerwony karmelek. Przeszła dziewczynka, która się z nikim nie bawi, tylko patrzy, i wszyscy pozwalają jej stać blisko i patrzeć.
Bo nie każdemu wolno stać blisko, jak się inni bawią; bo zaraz mówią:
— Czego? Nie widziałeś? Jaki masz interes?