Strona:Janusz Korczak - Sława.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie lubi Janka, bo się chwali. Byłby został chętnie w mieszkaniu, żeby słyszeć o czem starsi będą mówili, ale mama kazała zejść na dół.
— Tylko bawcie się sami — powiedziała ciocia, i Władek się zarumienił.
Janek mówił mało, nic nie wspomniał o strzelbie, i wogóle Władkowi się zdawało, że Janek wie dużo, ale mu ciocia zabroniła mówić. Usiedli na oknie w sieni i patrzeli, jak się malcy głupio bawią w gości.
Kiedy zawołano ich na górę, Władek myślał, że będzie kawa i placek; ale na stole nie było nawet obrusa ani filiżanek.
— Nie jesteś głodny, Janku? — zapytała mama i spuściła oczy.
— Nie, nie jest głodny — prędko powiedziała ciocia. — Prawda, Janku, że nie jesteś głodny?
I zaczęto się żegnać, ale inaczej niż zwykle, i Władek zaraz się domyślił, że babcia ma jutro wyjechać.
Dawniej babcia często gniewała się na Władka i skarżyła się ojcu, i Władek tylko tyle ją kochał, ile trzeba koniecznie. A teraz, gdy spojrzał na jej pomarszczoną twarz i zobaczył, że jest bardzo stara, i pomyślał, że nie ma nikogo — Władkowi tak się zrobiło, jak wtedy, kiedy się chce płakać. Ale nie płakał i pomyślał tylko: