Strona:Janusz Korczak - Sława.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na podwórzu stanęli koło muru, a dzieci z podwórza przyglądały im się ciekawie; nic nie mówiły, tylko podchodziły coraz bliżej i patrzały. To było bardzo nieprzyjemnie tak nie znać nikogo.
Dopiero jedna starsza dziewczynka odpędziła wszystkich:
— Czego się gapicie? nie widzieliście ludzi, czy co? Odejdźcie sobie.
Posłuchali i odeszli, a ona została.
— Wyście się wczoraj sprowadzili — prawda? — zapytała.
— My — odpowiedziała Mania.
Właściwie Władek powinien był odpowiedzieć, bo starszy; ale on myślał, co zrobić, aby obca dziewczynka zrozumiała, że nie jest zwyczajnym łobuzem. Powiedzieć odrazu, że chodził do szkoły, nie mógł przecie, bo nie chciał się chwalić; ukłonić się też nie mógł, bo czapkę zostawił na górze. Więc nagle powiedział:
— Dziękuję.
— Za co mi dziękujesz? — zapytała zdziwiona.
— Że ci wszyscy poszli sobie od nas.
Władek zrozumiał, że wyrwał się głupio, bo mama kazała dziękować za prezent, a dziewczynka nic im nie dała.
Potem zaczęli rozmawiać, i nowa znajoma opowiedziała o swym ojcu bardzo dziwną historję. Mówiła szeptem, żeby nawet