Strona:Janusz Korczak - Sława.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ulicami; potem weszli bardzo wysoko, a na każdem piętrze wiele osób im się przyglądało.
— Teraz będzie u nas czysto — pomyślał Władek.
Bo mama mówiła, że brudno u nich jak w chlewie, że na parterze nie może być czysto, że dzieci przynoszą śmiecie i błoto z podwórza.
Obiadu dnia tego nie było. Spali na podłodze, bo łóżka trzeba dopiero zestawić, a przy jednem łóżku ułamała się noga.
Nazajutrz wszyscy wstali wcześnie. Wicuś nie chciał się ubrać — mama dała mu trzy głośne klapsy. Wicuś bardzo się zdziwił i zaraz przestał płakać. Zrozumiał, że na nowem mieszkaniu jest jakoś inaczej.
— Pijcie herbatę i wynoście się na podwórko — powiedziała mama.
Dawniej mama dodawała jeszcze:
— I nie bawcie się z łobuzami.
— Czy wszyscy mają wyjść? — zapytał Władek.
— Wszyscy — powiedziała mama.
Władek sprowadził ze schodów Wicusia tak samo ostrożnie, jak wczoraj niósł klosze od lampy. Wicuś był bardzo zadowolony, że tyle schodów ma do schodzenia; a Mania prowadziła Pchełkę i niosła trzy pudełka, bo się bała, że je mama wyrzuci.