Strona:Janusz Korczak - Koszałki Opałki.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



Błazen.


Przez tydzień cały głosiły jaskrawe afisze o niebywałym występie błazna, ulubieńca stolicy, jedynego w swoim rodzaju.

Magnaci, hulacy, robigrosze, urzędnicy, dziennikarze, artyści, pracownicy i próżniacy, cnotliwi i hultaje, ich żony i kochanki, cały Paryż zgromadził się, w cyrku — mrowiem głów, kapeluszy z piórami, mundurów, palt i lornetek.
Zalegli loże, krzesła, galerje dwóch pięter, amfiteatr cały, od areny w górę, kołami aż do sufitu.
Program w szybkiem tempie zbliża się ku końcowi.
Antrakt. Koń tresowany. Dzwonek... Siłacz. Gimnastyk. Znów pauza. Dzwonek... Szmer. Cisza.
Wychodzi oczekiwany. Na piasek areny rzuca niedbale biały kwadrat dywanu. Siada, w stro-