Strona:Janusz Korczak - Koszałki Opałki.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Proszę cię, pij.
— Władek, nie drażnij mnie! — krzyknąłem wściekły.
— Błagam cię, pij; przysięgam ci na wszystko, co mi święte, że od tego zależy przyszłość twojej rodziny.
— Ależ ja wódki nie pijam.
— Musisz ten jeden raz tylko.
— Ale o co ci idzie?
— Zobaczysz: słuchaj, przecież znasz mnie, wiesz, że ci jestem życzliwy.
— Dobrze więc, niech się upiję: może pijacy mają słuszność, że piją, kiedy życie takie marne.
Duszkiem wychyliłem szklankę, aż mi łzy z oczu popłynęły.
— Doskonale! — uściskał mnie, wycałował, jakbym nie wiem co mądrego zrobił. — A teraz ubieraj się. Weź to stare palto i podarte buty, i chodź.
Żona z załamanemi rękami patrzała na całą scenę.
Wyszliśmy. Wyglądałem strasznie w spadających z nóg butach, podartych spodniach, pogniecionym kapeluszu.
Władek skinął na dorożkę. Wsiedliśmy.
— Kręci się w głowie?
— Kręci.