Strona:Janusz Korczak - Koszałki Opałki.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zrywasz się, bledniesz, i wołasz głosem komicznie drżącym:
— Ach, to pan. Przepraszam... Ale doprawdy... Bo ja sądziłem, że to który z kolegów... Ach, taka nieuwaga.. Pan przebaczy... Ja byłem pogrążony w pracy.
Zwierzchnik twój doznaje sprzecznych uczuć: podwładny go obraził, ale zupełnie nienaumyślnie. Szlachetność zwycięża.
— No nic, nic, nie gniewam się. Tylko na drugi raz proszę o trochę uwagi.
Robisz minę człowieka, który ze snu letargicznego obudzony został uderzeniem pioruna i pragnie zapaść się pod ziemię.
Zwierzchnik wchodzi do swego pokoju. Koledzy się śmieją. A ty najgłośniejszym głosem wołasz:
— Czego się śmiejecie? Każdemu się to może przytrafić. Gdyby nie szlachetność (jak można najdonośniej), gdyby nie wyrozumiałość i szlachetność szefa, jabym za to głupstwo mógł osiąść na bruku. To nie śmieszne.
Po upływie kwadransa wchodzisz do gabinetu zwierzchnika.
— Cóż pan powie?
— Przychodzę jeszcze raz prosić pana o przebaczenie.