Strona:Janusz Korczak - Bezwstydnie krótkie.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



— Sama nie wiem, jak to się stało. Zaraz na dworcu. Taki uprzejmy. Pyta się: do kogo, po co? Powiada, że trzeba być bardzo ostrożną. Aż żenująco usłużny. — Już nawet nie jak znajomy, ale — przyjaciel. — Ten kapelusz on mi właśnie doradził.
— Ale pomyśl: przecież to jednak okropne.
— Ja też mu tak powiedziałam. Bo trzeba ci wiedzieć, żem zaczęła strasznie płakać, aż mnie wodą cucił. I tak właśnie mówię: „to przecież okropne“.
— A on?
— Tak się jakoś naiwnie uśmiechnął i mówi: „A cóż w tem złego, żeśmy wymienili kilka serdecznych wyrazów?“
— Kilka — — serdecznych — — wyrazów? Dziwna doprawdy ta Warszawa. Trzeba się będzie wybrać.