Strona:Janusz Korczak - Bankructwo małego Dżeka.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I złapał Dżeka pod rękę.
— Znów zaczynasz na ulicy.
— A ulica to kościół, czy co? W domu nie można, w szkole nie można, więc gdzież u licha można? Dawniej ludzie żyli po 200 lat, a teraz niecałe sto. Więc trzeba się trochę ruszać na świecie. Bo ty może myślisz, że jestem łobuz.
— Może nie?
— A właśnie, że nie. Jestem tylko lekkomyślny, bo mój stryj był lekkomyślny, a ja się w niego wrodziłem. Rozumiesz? To nie moja wina wcale. Bo jak się kto w kogo wrodzi, to już zdechł pies: niema rady.
Dżek był bardzo zadowolony, kiedy Fil krzyknął mu nagle: »Pardon, merci«, uczepił się z tyłu samochodu i pojechał.
Bo Dżek chciał w samotności pomyśleć nad rozmową z panią.
Właściwie dlaczego dorosłym się zdaje, że dzieciom zawsze się spieszy? Przeciwnie, Dżek nawet woli, że pani da mu dopiero za parę dni odpowiedź. Poczeka, ułoży sobie tymczasem dokładnie cały plan, jak się zabrać do trudnej sprawy.
Bo jeżeli naprawdę trzeba dużo pisać, a Nelly się nie zgodzi? Pani wspomniała, że jakieś książki trzeba pisać. Co to znów za książki?
Do obiadu zostało pół godziny, więc Dżek wstąpił do mister Tafta. On musi wiedzieć.
— Mister Taft, przychodzę do pana z prośbą. Jeżeli będę prowadził kooperatywę, będę dużo u pana kupował: dla całej klasy. Ale niech pan objaśni, co znaczy — książka wpływów i książka wy-