Strona:Janusz Korczak - Bankructwo małego Dżeka.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niądze i mogę zapłacić zaraz za dwie pary łyżew: jedne większe, a drugie mniejsze. Jeżeli pan nie wierzy, mogę przyjść z nauczycielką.
— Dobrze, przyjdź z nauczycielką.
Przyszedł Dżek z panią, łyżwy kupili, pieniądze zapłacili. I nawet nie dwie, tylko trzy pary łyżew. Bo futball będzie potrzebny dopiero na wiosnę, więc można poczekać.
Ale właściciel sklepu nie przebaczył. Opowiedział, co mu zrobił Ward, — i pani nazajutrz bardzo się gniewała. Pani powiedziała, że przebacza dlatego, że się przyznał, ale musi właściciela sklepu przeprosić.
Wtedy wstał Iim i powiedział:
— To niesprawiedliwie. Jeżeli my mamy przeprosić, to on niech nas także przeprosi, bo obraził kooperatywę i dał nam takie przezwisko, że wcale nie można powtórzyć.
Iim wiedział o tem od Dżeka, ale ani Iim, ani Dżek nie chcieli powtórzyć.
— Nieprzyzwoicie nas przezwał. Tak mówią, jak są źli na małe dzieci.
Pani się pewnie domyśliła, a mimo to kazała list z przeproszeniem napisać. Już tak jest, że dorosłym zawsze się udaje, — nawet kiedy nie mają słuszności.
Bądź co bądź sprawa łyżew skończyła się dobrze. Na podwórzu była sztuczna ślizgawka i chłopcy mogli się ślizgać — nawet tacy, którzy własnych łyżew nie mają.
Z początku Dżek nie mógł sobie poradzić, bo