Strona:Jana Lama Kroniki lwowskie.djvu/114

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    mąż, „stojący na straży“, jako wierny syn swojego narodu, nie może, gdyby Anglik albo Francuz jaki, karmić się powietrzem i dymem z lokomotywy. Owszem, posiada on doskonały apetyt, i mówią, że za jego to staraniem program Towarzystwa narodowo-demokratycznego nie obejmuje zakazu jedzenia arystokratycznych potraw. Otóż mężowi „stojącemu na straży“, Prusacy nie dali nic jeść od Mysłowic aż do Poznania, oprócz butersznitów z trychinami. Polak, kiedy głodny, to zły, a więc sprawozdanie z podróży, wysłane zaraz po przybyciu do Poznania i drukowane w „Organie demokratycznym“, nie było wolne od cierpkich wyrzutów dla dyrekcji „Sokoła“, jak gdyby to z jej winy znakomity demokrata narodowy omal nie umarł z głodu. Później jednak kochani Poznańczycy odkarmili go tak wyśmienicie, kuchnia w Bazarze i u Kurnatowskiego okazała się tak wyborną, że drugie sprawozdanie zabarwione już było całkiem na różowo. Nawiasem powiedziawszy, drugie to sprawozdanie pojawiło się w Czasie, albowiem mąż, stojący tu wraz z innymi na szyldwachu demokratycznym, pisuje oraz korespondencje do arystokratyczno-klerykalnego Czasu.
    Jednocześnie z powrotem uczestników wycieczki „Sokoła“, skończyły się dopiero ostatnie posiedzenia Towarzystw, które zgromadzone były tu we Lwowie. Zajmowały się one ważnemi, krajowemi sprawami, o które nie godzi się zawadzać z pobieżnością, właściwą fejletonistom, jak twierdzi ks. Adam Sapieha. Zapomniałem był niestety o tym zarzucie, i dlatego to dopuściłem się w ostatniej mojej kronice „pobieżnej“ wzmianki o pożyteczności kolei, która oprócz książęcego kali ma wozić także szlachecką pszenicę. Żałuję tego teraz i radbym naprawić moją pobieżność. Znosiłem się w tym celu z różnymi inżynierami, ale niestety, zostałem zupełnie zbitym z kontenansu. Nieznośni ci specjaliści nie przeczyli wprawdzie, iż ze stanowiska tak arysto- jak demokratycznego nie należy popierać interesów tak zwanej szlachty, ale natomiast z mapą w ręku tłumaczyli mi, że kolej przemysko-husiatyńska nie jest bynajmniej ein Unsinn, że z Przemyśla, prosto jak wystrzelił, przerzynałaby Sambor, Drohobycz, Stryj, Kałusz, aż do Stanisławowa itd. Gdybym tedy chciał uzupełnić ową pobieżną wzmiankę, której dopuściłem się przed ośmiu dniami, musiałbym wysypać cały zapas różnych terminów technicznych, nabytych przy owej konsultacji z inżynierami, jako to: profile, spadki itp., a wszystko to jedynie w tym celu, ażeby dowieść, iż równie ja, jak i książę Adam Sapieha, myliliśmy się mocno, uważając tę kolej jako Unsinn, z tą różnicą, że moja pomyłka była pobieżną, fejletonową, a pomyłka księcia była gruntownie uzasadnioną, książęco-gründerską. Zawsze to jednak przyjemnie, bodaj pomylić się na wespół z księciem. Ręczę, że każdy demokrata narodowy zazdrości mi tego szczęścia, a osobliwie ten, który będąc raz urzędnikiem Wydziału krajowego, tak gorliwie starał się o legitimację szlachecką. Nie uzyskał jej — i został demokratą. Szlachta straciła w nim, jeżeli nie głowę, to przynajmniej znakomitego członka, Wydział krajowy postradał jednę ze swoich podpór, ale naród zyskał męża, który „stoi na straży“ jego godności, bez pergaminowego przywileju lub dyplomu, męża, który nie wypiera się tradycji, choć tradycja jego się wyparła.
    Dziwne też są czasem te drobne ambicje wielkich ludzi! Tu wielki demokrata ubiega się o pargaminowy dyplom szlachectwa, tam znowu zna-