Strona:Jakob Wassermann - Dziecię Europy.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

mu gwałtem wlać wódkę w gardło. Na szczęście chłopiec zemdlał skutkiem samego zapachu alkoholu. Wprawdzie obecny przy tej scenie stary i doświadczony jegomość radził im nie dowierzać symulacji; starał się wytrzeźwić Kacpra, podstawiając mu pod nos tabakierkę, — co istotnie powiodło się przy budzącem śmiech wszystkich trzech widzów kichaniu i krzywieniu się załzawionego chłopca; jednak dozorca, który niespodzianie powrócił, na ten raz z gniewem wyprosił z celi wesołych gości. Wszyscy trzej przed odejściem zwymyślali strażnika, a stary jegomość wykrząkał się na wszystkie strony i przychodzącego do siebie chłopca zagabywał po francusku, hiszpańsku i angielsku, jak mu się podobał niuch tabaki, na co Kacper odpowiadał żałośnie tylko dwoma słowy: „Do domu!“
— Baw się konikiem! — rzekł dozorca, gdy zostali sam na sam.
— Do domu! — powtórzył jękliwie chłopiec.
Hill odparł napół z współczuciem, napół z rozdrażnieniem:
— Psiaku nieszczęsny! o jakim to domu mówisz? Chcesz li powrócić do swego lochu? Czy to domem nazywasz?
— Niech „Ty“ przyjdzie! — naraz jasno wymówił Kacper, aczkolwiek ostatnio posługiwał się więcej gestami, niż słowami.
— Ba, ten cię ochroni! — roześmiał się drwiąco Hill.
— Ty przyjdzie — musi przyjść! — nalegał Kacper. I spojrzał uroczyście na niebo zachodnie,