Strona:J. Turgeniew - Z „Zapisek myśliwego”.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I Łupichin pobiegł na przywitanie księcia.
— A oto idzie mój wróg osobisty — rzekł, powróciwszy do mnie. — Widzi pan tego grubego człowieka, z twarzą burą i szczeciną na głowie. Ten oto, co czapkę w ręku mnie, pod ścianą się przesuwa i ogląda się na wszystkie strony, jak wilk. Sprzedałem mu za czterysta rubli konia, który był wart tysiąc i ta marna istota wyobraża sobie, że ma teraz prawo pogardzać mną, a tymczasem do tego stopnia pozbawiony jest zdolności kombinowania, szczególniej rano, przed herbatą, albo zaraz po obiedzie, że, gdy mu rzec: „jak się masz?“ — on odpowiada: „czego?“ — A oto idzie generał — ciągnął Łupichin — cywilny generał, ma córkę z cukru burakowego i cukrownię skrofuliczną. Przepraszam, wyrazy się pomieszały, ale pan i tak zrozumiał. A! i architekt tu! Niemiec, a z wąsami i sztuki swej nie zna! Zresztą na co ma znać sztukę, aby tylko łapówki brał i kolumn, słupków stawiał jak najwięcej dla naszych rodowitych szlachciców...
Łupichin znów się rozśmiał.
Nagle jakiś szmer przebiegł po całym domu.
Dygnitarz przyjechał!
Gospodarz wybiegł do przedpokoju, za nim kilku domowników i gorliwszych gości.
Szumna, głośna rozmowa zamieniła się na miękki, przyjemny szmerek, podobny do wiosennego brzęczenia pszczół w ulu. Jedna tylko niepokorna osa Łupichin i wspaniały truteń Kozielski nie zniżyli głosu.
I oto weszła nareszcie matka... wszedł dygnitarz... Serca pobiegły na jego spotkanie. Siedzące