Strona:J. Turgeniew - Z „Zapisek myśliwego”.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tułowie podniosły się... Nawet ten obywatel, który od Łupichina kupił tanio konia, nawet ten utkwił podbródek w kamizelce...
Dygnitarz doskonale zachowywał swoją godność: kiwał głową, jakby kłaniając się, wymówił kilka przychylnych wyrazów, z których każdy zaczynał się od litery a, a wypowiedziany był przeciągle i przez nos; — z oburzeniem popatrzył na brodę księcia Kozielskiego, a zrujnowanemu generałowi cywilnemu z córką i z cukrownią podał wskazujący palec lewej ręki.
Po kilku minutach, w ciągu których dygnitarz zdążył zauważyć dwukrotnie, iż jest bardzo rad, że się na obiad nie spóźnił, całe towarzystwo, z tuzami na czele, udało się do sali jadalnej.
Czy mamy opowiadać czytelnikowi, jak posadzili dygnitarza na pierwszem miejscu, między generałem cywilnym i gubernialnym marszałkiem szlachty, człowiekiem z godnym wyrazem twarzy, zupełnie odpowiednim do jego wykrochmalonego gorsu, niezmierzonej kamizelki i okrągłej tabakiery z francuską tabaką?
Czy mam opowiadać, jak gospodarz kłopotał się, biegał, częstował gości, mimochodem uśmiechał się do pleców dygnitarza lub stojąc w kącie, jak uczeń, w pośpiechu zjadał talerz zupy lub kawałek mięsa; jak kamerdyner podał rybę półtora arszynowej długości, z bukietem w pysku; jak lokaje w liberyach, surowi z pozoru, ponuro przysuwali się do każdego szlachcica, to z malagą, to z drymadeirą i jak wszyscy prawie goście, szczególniej starsi, jak gdyby nie chcąc, poddawali się jednak poczuciu obowiązku