Strona:Józef Wilhelm Rappaport - Nowe monologi.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


PAN OBROŃCA MA GŁOS.


(Na scenie, na wprost widza, ustawiony stół, przykryty zielonym suknem. Na stole dwie świece ustawione jak do przysięgi. Za stołem fotel dla przewodniczącego i dwa fotele po bokach dla wotantów. Po podniesieniu kurtyny stoi przed stołem, bokiem do widza, mężczyzna około 50-letni, zupełnie łysy, o typie semickim. Mówi z patosem, broniąc oskarżonego przed trybunałem karnym. Dykcja zdradza jego pochodzenie — mówi jednak poprawnie po polsku.


Prześwietny Trybunale! Oskarżony nie przyznaje się do winy. On się nawet przyznać nie może do winy, bo po pierwsze nie jest on nic winien, a po drugie jest on moim klientem. Pytam prześwietnego Trybunału, co zrobił oskarżony? Co on takiego zrobił, że aż został oskarżony o skrytobójcze morderstwo, podpalenie i kradzież? (triumfująco) Ha! Świetny — Trybunał milczy, bo świetny Trybunał sam czuje, sam to wie, sam jest pewny i przekonany, że oskarżony jest niewinny, jak nowonarodzone dziecko, albo jak dziewica w łonie swojej matki przy piersi. (pouczająco) Tak nie można, świetny Trybunale! Nie można rzucać podejrzeń na człowieka nieposzlakowanego tylko dla tego, że pan prokurator uwziął się na niego. Niech pan prokurator wlezie raz w skórę oskarżonego, a ręczę, że mu się odechce oskarżać