Strona:Józef Wilhelm Rappaport - Nowe monologi.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


TRAGEDIA PANI POSŁOWEJ.
(Kobieta, około 40-letnia, fertyczna, rumiana i żywa — ubrana w malowniczy strój krakowski, na który narzuciła kraciastą chustę — wpada na scenę zaaferowana i podniecona, jakby kontynuując sprzeczke, którą przed chwilą z kimś miała).

Moiściewy! Żeby takie ladaco kciało u mnie przewodzić w domu — a nie doczekanie! Poseł się z niego zrobił! (załamując ręce) Moiściewy! Taki niedojda, taki niedorajda, taki ciarach zatracony — poseł! (do publiczności, z wyjaśnieniem) Niby mój mąż rodzony, dyć mówię o nim. Posła z niego zrobili do Sejmu, na moje utrapienie. O rety, chyba rozum potracili w tej Warszawie! (z refleksją) Nietykalny się psiepara zrobił! (z ironią) Wałek, nietykalny! (wpada w złość) Już ja mu tę nietykalność z głowy wybiję! A nie doczekanie! To ja będę za niego ręce po łokcie urabiała, a on będzie nietykalny?... Żebym miała skonać, to tak mu gębę spiorę, że zapomni jak się nazywa! (siada) Mówiłam mu jeszcze łońskiego roku, kiedy go tylko wybrali, aby nie szedł na żadne diety poselskie. Chcą go mieć posłem, to niech go wezmą na ordynarię, a nie na żadne diety. Ekonom jest na ordynarii, leśniczy, gumienny, a nawet nasz pisarz — wszyscy imają ordynarnie — a tylko ten niedorajda zgodził się — w Warszawie na jakieś tam diety. Myślałam, że minie paralusz trzaśnie, kiedy ci