Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


brak. I on tam był wczoraj. Dodał jakby zmuszając się, z wyrazem boleści.
Matka stanęła zdziwiona, przerażona, nie pojmując co to ostrzeżenie znaczyć mogło, i po chwili zdumienia nie pytając więcej weszła do domu.
Nie mogła ona najmniej jednak posądzać wskazanego starca, który tyle jej dał dowodów swego przywiązania.
Przestroga żebraka zdała jej się omyłką dziwną, wszakże niespokojna, posłała za nim. Pana Czuryły nie było w Krakowie, odjechał niewiedzieć dokąd.
Rozmyślając nad tym wypadkiem, księżna co raz bardziej poczęła dziwić się słowom żebraka i natręctwu tego nieznajomego człowieka, którego od niejakiego czasu wszędzie spotykała. Posądzająca jak wszyscy nieszczęśliwi i zdradzeni, wpadła na myśl, że mógł być szpiegiem księcia.
Chwytając się jej, rozkazała natychmiast śledzić ubogiego i nie spuszczać z oczów. Sama zaś rozesławszy ludzi na wszystkie strony, w niepokoju i modlitwie oczekiwała wiadomości. Ale napróżno. Dnie po dniach mijały, a rozesłani jeden po drugim z niczem powracali. Wojewoda Firlej nic nawet przez swoich wprawnych szpiegów dowiedzieć się nie mógł nad to, że w nocy wilii Bożego Narodzenia pięciu ludzi ciemno ubranych wyjechali z Krakowa drogą ku Rusi. Jeden z nich w pośrodku jadący, średniego wzrostu, wysmukły, płakał i wyrywać się zdawał milczącym towarzyszom, którzy nic mu złego nie robiąc, gwałtem jednak prawie uprowadzili go z miasta, dokąd zdaje się chciał powrócić.