Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co was ona obchodzi? pytali go.
— Co? hm! dała mi kilka razy jałmużnę! Niech jej Bóg nagrodzi. A potem, jestem rodem z Rusi, moi rodzice służyli u jej rodziców, dziadowie u dziadów. Słyszałem o tem w dzieciństwie.
— Jak się nazywasz?
— Nie pomnę — nie pomnę! — Dwadzieścia kilka lat niewoli!
— Możnaż zapomnieć nazwiska?
— O! można! z głębokiem powiadał westchnieniem.
Nazajutrz po porwaniu młodego Stanisława, ubogi siedział u proga jak zawsze. Słudzy już tak do niego przywykli, że go nie spędzali. Widział wyjeżdżającą i powracającą księżnę, a gdy zalana łzami stąpiła w ganek, zatrzymał ją wyciągając rękę.
— W imie matki Bożej.
— Módl się za dziecię moje.
— Bądźcie o nie spokojni, odrzekł ubogi. Wczoraj...
— Ty wiesz co? spytała żywo.
— Byłem tam.
— Byłeś? mów.
— Słyszałem umawiających się.
— Kto oni?
— Jacyś, jacyś — szlachta. Było ich czterech. Przestrzegłem dworzan, ale to nic nie pomogło.
— Ci ludzie? znasz ich może.
— Nie znam, ale to nie byli ludzie księcia.
— Ty znasz księcia?
Ubogi spuścił głowę. Bóg czuwa nad uciśnionym, rzekł. Bądźcie spokojni.
— O! gdybym mogła.
— Strzeżcie się Czuryły, szepnął bardzo cicho że-