Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przekonają! niech przekonają! Nie przekonanego więzić nie można. Wojewoda się nie odważy.
I podniósł pięść zaciśnioną w górę.
— Ale któż o tem mówi? zawołała Sołomerecka, ja was przyszłam błagać, nie grozić wam.
— Powtarzam wam, krzyknął popędliwie wywracając stół stojący przed nim Sołomerecki. Ja nic nie wiem!
— Słudzy wasi.
— Nie wiem! nie wiem! nie wiem! Jeśli słudzy, nie wiem także — nie męczcie mnie dłużej!
— Litości książę!
— Ja nie mam litości.
— Zlituj się.
— Nie umiem się litować.
— Wszystko co mam.
— Nic od was nie potrzebuję, prócz wyrzeczenia się dla syna imienia, którego nosić nie powinien.
— Ja się go wyrzekam.
— Dobrze, dajcie mi to na piśmie, urzędownie.
— Ale oddajcie mi syna.
— Syna — ja nie wiem o synu waszym, gdy mi dacie zaręczenie, razem z wami szukać go będę.
— Nie lękajcie się zdrady, zawołała Sołomerecka, przysięgam wam — oddajcie mi syna, wszystkiego dopełnię.
Książę zgrzytnął zębami z gniewu.
— Ale do stu tysięcy czartów — ja nie wiem gdzie jest!
— Książę, to być nie może! któżby go pochwycić mógł?
— Nie wiem, na Boga nie wiem!
— Wy! wy byście nie wiedzieli!
Sołomerecki zniecierpliwiony zadzwonił silnie i rzucił o ścianę dzwonek, który trzymał w ręku. Słudzy wpadli tłumnie.