Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wieczór był pogodny, jasny, wiosenny, świat się budził do życia, powiew łagodnego wiatru zwiastował cieplejszą porę; step zieleniał, kwitnął. W milczeniu posuwała się arba ku miastu, Tatarzy jechali na zmęczonych koniach wolno i poglądali zamyślono to na Liman i w stronę morza i Krymu, to na wieże starego zamczyska. — Białogród stawał się coraz wyraźniejszy, widać było baszty piętrzące się, okolny mur najeżony zębami, skałę czarną stanowiącą podstawę ogromnej budowy i ulice miasta poplątane, wązkie, ostawione domostwy podobnemi do kup gruzów, przysypanych kupą słomy. Gdzie niegdzie na ciemnem niebie wschodo-południa, wił się czarny dym tatarskich ognisk. Muezzin wołał z minaretu na modlitwę.
Przebywszy część miasta rozsypaną na płaskiej przestrzeni i pochyłości stepu ku Limanowi schodzącemu, złożoną z wązkich przesmyków, kamiennemi murki nad którą tylko dachy i gdzie niegdzie zaparte wrota wystawały, wyjechali na plac przed zamkiem obszerny, pusty. Tu rozmówiwszy się z kilku innemi Tatarowie, jedni zawrócili ku Bugasowi, tak zwanej od ujść dniestrowych części miasta, drudzy z jeńcem skierowali do zamku.
Szaro-białawe mury wrot, stanęły na oczach schorzałemu więźniowi, który tracąc powoli odzyskaną przytomność, począł sobie wyobrażać, że się znajduje na Bohu pod zameczkiem księżnej Anny i uśmiechnął się jakby do niej. Tymczasem przebywszy sklepiony wchód ziemny, most, minąwszy na prawo łaźnię Baszów Akkermanu, arba wioząca szlachcica, wtoczyła się w pierwszy podwórzec i zastanowiła prawie u samych wrót, na przeciw minaretu.