Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


odjęła mu zupełnie przytomność, dziwne mary snuły się po drgającym mózgu. Widział się na łódce na Bohu, a na wale zamkowym uśmiechającą mu Annę, podającą rękę, wzywającą ku sobie, widział siebie w swej Słobodzie odludnej, na progu domostwa, gdy stada koni, owiec, bydła, wracają wiosennym wieczorem z paszy do domu, rozmawiającego z czeladką.
— To był sen tylko panie! mówił mu stary pasiecznik, wasza niewola, wasze nieszczęścia, to był sen. Łódka się na Bohu kołysze, płyńcie.
A młody chłopiec znów skakał w łódkę i płynął pod zameczek. I znowu witała go tam Anna podając rękę.
Sny ciemne i sny jasne następywały jedne po drugich, potem zamierzchło zupełnie, znikło wszystko.
Nadbożanin obudził się silnie miotany i targany, otworzył oczy, kilku Tatarów stali nad nim i wodą w twarz mu rzucając, wstrząsając nim usiłowali ocucić. Osłabionego i trawionego gorączką wsadzili na wóz wiozący łup, przywiązali powrozem do sterczących boków ogromnej arby parą wołów ciągnionej i pojechali ku Białogrodowi powoli.
Nazajutrz oczom biednego niewolnika zabłysnął poczynający się w lewo Liman dniestrowy. Na prawo był step, step na wszystkie strony dziki, nagi, najeżony tylko kurhanami, nasiany kośćmi bydła i ludzi wpół oszarpanemi z mięsa przez dzikie ptastwo i wilków. Zdala nad Limanem ogromnym jak morze, ukazały się szare mury Białego grodu, ściany zamku, minaret nad nim sterczący, księżyc meczetu; drzewa gdzie niegdzie osłaniające rozsypane do koła, liche domki lepione z kamienia, pokryte trzciną.