Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


oczyma pochwyconej dzieciny, wyrwanej córki, nie jeden ojciec płakał za synem, który zmarł w drodze nie mogąc zbiedz za koniem Tatara, padł gdzieś w stepie i został na wieki. Mężowie rozdzieleni od żon, napróżno starający się zbliżyć do nich, dzieci wyciągające zdala ręce do matek. Wśród tego obrazu, siwo-włosy stary ksiądz, z krzyżem z dwóch kijków białych związanym na piersi, w łachmanie na zbitych i silnych plecach, klęczący i pocieszający swoich, sprawiedliwością Bożą, nagrodami wiecznemi. Głos jego głuszą krzyki Tatarów, pisk dzieci, ryki bydła i gwar obozu.
Dalej, to dwa trupy blade odarte do naga, na których już siedli kruki i skubią oczy otwarte; jasne włosy dziewczyny rozwinęły się na stepowej czarnej ziemi, siwy włos rozsunął się po skroni. Nad niemi stara kobieta siedzi związana i płacze, to jej mąż, to córka.
Ale oto chwila stanowcza, w której obraz okropny, jeszcze się staje straszniejszym jeśli być może — chwila podziału jeńców. Murza dowodzący wyprawie, usiadł przed rozbitym z pilśni namiotem, wszyscy znoszą, spędzają, zwożą, co kto ma. Ludzie, bydło, rzeczy ściskają się w jedną kupę. Wydzielają część dowódzcy, części pojedyńczych ludzi, Orda się potem rozsypuje w step znowu. Złoto i srebro i suknie i konie i bydło i ludzie, zarówno niemiłosiernie dzieli milczący stary dowódzca wyprawy. Temu ojciec, syn drugiemu, tu matka a tam córka, tam mąż, a tam żona.
Każdy pędzi własność swoją przed sobą i napróżno jedni ku drugim wyciągając ręce, wołają, płaczą; — padają pod razami śmiejących się Tatar. A matka patrzeć musi na hańbę córki dziecięcia, mąż na zesromocenie żony, ojciec na katowanie syna. Krzyki bestjal-