Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


schaby, gotowano zacierkę z prosianej mąki i juchę z dorzniętych szkap, mąką zatartą. Konie ogromnemi stadami pasły się do koła, ku Dniestrowi gęsto na zielone już pławnie zbiegając. Tam i owdzie rozsypane były wozy, napełnione wszelkiego rodzaju łupem. Na nich widać było suknie pańskie i chłopskie, bogate sprzęty, ubiory kapłańskie, połamane krzyże i kielichy kościelne, zbroje, futra, makaty, płótna.
Stada wołów, owiec, koni, leżały znużone na ziemi szukając strawy i wody, nie mając siły się podnieść. Mnóstwo ich pozdychało i ze zdętemi brzuchy, wyciągnionemi skościałemi nogi, odartą skórą, czerwieniało gołem ścierwem. Dalej leżeli, stali, siedzieli powiązane w tył mając ręce, nieszczęśliwi niewolnicy wszelkiego stanu, płci i wieku. Starcy, dzieci drobne (najmilsza zdobycz Tatarów, bo ich wychowywali w swej wierze i obyczajach), kobiety. Niektórzy nadzy prawie, inni popaleni straszliwie, inni ranni, inni obłąkani nieszczęściem i bezprzytomni.
Był to obraz straszliwy, wstrząsający. Do koła ta dzicz upojona zdobyczą, wesoła, rozbestwiona, krwawa, we środku jeńcy płaczący i w milczeniu oczekujący najstraszniejszej chwili, podziału łupów. Starcy z wejrzeniem osłupiałem, dziewczęta z zapuchłemi od płaczu oczyma, matki rozpaczające, niemowlęta pojone mlekiem kobylem i leżące same na ziemi, po kilkadziesiąt razem; dzieci śmiejące się i skaczące, bo nierozumiejące jeszcze co się z niemi działo. Nad każdą kupą Tatarzyn z biczem na straży, często kobieta nawet wpół naga, baranim kożuchem okryta, z roztwartemi ustami i krwawą źrenicą.
Nie jedna niewolnica zapominając o sobie, szukała