Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zygmuntowskie czasy Tom 3.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Anna słuchała jej z upodobaniem, bo to było nowem dla niej. Głos męzki tak świeży, miły, mocny, pierwszy raz odbijał się o jej ucho. Oczyma szukała śpiewaka. — Na Bohu płynął łódką młody chłopak i podniosłszy oczy na zamek, zastanowił się nieco, w łódce leżała rusznica. Pływak był młody, przystojny, ubrany jak szlachta się nosiła, przez plecy miał torbę, w ręku wiosło, na głowie słomiany kapelusz.
Z dziecięcą ciekawością wyskoczyła Anna na wał, aby go bliżej zobaczyć. On się ukłonił. Zapewne nie wiedział do kogo mówił, bo poufale odezwał się do niej:
— Podsłuchaliście mnie.
— Przepraszam, śpiewajcie.
— To bo ruska piosenka.
— Ja lubię ruskie piosnki.
— Najlepiej bo śpiewać, kiedy nikt nie słucha.
— Dla czego?
— Człek myśląc że go słuchają, chciałby co najlepiej, a nie potrafi nawet dobrze.
— Kto wy jesteście? zkąd? pierwszy raz was tu widzę.
Nieznajomy chłopak wskazał na gaj zdaleka ciemniejący na wzgórzach.
— To moja Słoboda; albo raczej ojcowska, ale ojciec daleko — ja tu sam. — A wy tutejsi? spytał.
— Tutejsza, odpowiedziała rumieniąc się Anna.
Ubiór księżniczki wcale jej stanu nie okazywał, skromna sukienka mogła zarówno pokrywać sługę szlachciankę przy księżniczce będącą jak ją samą. Szlachcic może i nie wiedział kto mieszkał na zamku; pokłonił się uśmiechając, ruszył wiosłem i długo oglądając za siebie, odpłynął dalej.