Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zadora.djvu/91

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    nim mści za to, że go wypłazował — odpowiedziała panna śmiało — nie wiadomo tylko czy książe dowiedzie, a jego leśniczy ośmieli się na gwałt.
    To rzekłszy odwróciła się i poszła do swojego pokoju, a Wysocki burknął coś i odjechał.
    Więcej już w Wólce nie postał.






    Ośm lat, to kawałek czasu, rzadkie serce ludzkie z uczuć nie wywietrzeje, gdy je tak długo nosić w sobie musi, nie widząc osób, co je wzbudziły. Dziwili się też wszyscy pannie Barbarze, że uparcie za mąż iść nie chciała, choć tak zwanych Jezusowych latek się doczekała. Ojciec burczał na nią i gniewał się tem mocniej, że sam starzał. Syna hulakę był stracił, pomocy w zięciu potrzebował, a córki skłonić do małżeństwa nie było sposobu. Po śmierci syna, gdy już nie jaki taki posag miała panna Barbara, ale jedyną została u ojca, a Łowczy majątek w oczach robił, choć nie była bardzo młodą, cisnęli się konkurenci tacy, co i po parę wsi mieli i kolligacje piękne. Wszystkich ona z kwitkiem odprawiała.
    Łowczy się czasem unosił.
    — Na co ty czekasz! — wołał — co się tobie śni? ten niecnota jakiś nie powróci! Jasna rzecz, że człowiek był ladajakiej procedencji, może i chłop — trzeba się jej było tak w niego wlepić!
    Łowczanka nigdy na to nie odpowiadała ani słowa.
    Posądzano ją w domu, że musiała miewać jakieś listy od narzeczonego, i że sama do niego pisywała, ale jak i którędy to chodziło, nawet matka nie mogła dośledzić.