Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zadora.djvu/86

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    wszystko, pieniądze swoje zabrał, bo ich mało co brakło, rzeczy obliczył, i mruknąwszy: Szlachcic czy chłop, ale poczciwy człek — poszedł pomyślawszy do sekretarza.
    Znali wszyscy Drobisza, że nigdy nie kłamał, tym razem jednak uderzywszy się w piersi, postanowił przez miłosierdzie nad Zadorskim, bąka puścić.
    Zbliżył się do Długoszewskiego i rzekł mu na ucho:
    — Zadorskiego z wyższego rozkazu w nocy wyprawiłem z pilnym interesem do Białocerkwi.
    — Jakto? mojego dependenta, bez mojej wiadomości?  —
    — Była dyspozycya pana Strażnika...
    Sekretarz głową pokiwał, nie miał już co odpowiedzieć.
    Koniuszy szepnął — niech-że pan tak mówi, gdyby spytano. — I odszedł.
    Pierwsza rzecz o którą z rana zapytała panna Rejentówna, co się tam dzieje z Zadorskim?
    Zielońska jej odpowiedziała, że za pilnym interęsem skarbowym wyprawiono go w nocy do Białocerkwi.
    Na tem się skończyło dnia tego, a służba pogawędziwszy o tym nagłym wyjeździe, myśleć o nim przestała. Upłynął tydzień, przeszedł drugi, cicho było.
    Księżna Wojewodzicowa ruszyła do Warszawy, a Długoszewski za nią. Jednego ranka gdy jeszcze wrota były zamknięte we dworze, z tumultem znacznym i pokrzykami, ujrzano dwie bryczki i trzy proste wozy chłopskie pełne ludzi zajeżdżające na rezydencyą.
    Koniuszy, który tu już teraz po rządzcy (a ten mieszkał opodal na zamku) — był najstarszym, wyszedł brwi namarszczywszy, gdy z jednej bryczki dobywał się Mazanowski, a z drugiej pan Ksawery Wysocki.
    Radziwiłłowski oficyalista butno bardzo, ledwie głową kiwnąwszy przystąpił do Drobisza: