Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zadora.djvu/85

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Wstąpiła nadzieja jakaś w serce Zadorskiemu, który się z ziemi porwał.
    — Prawdaż to?
    — Na Boga się klnę, nie pójdę za nikogo, będę czekała! — powtórzyła Basia — jedź, szukaj, staraj się, Bóg łaskaw... nad mojemi łzami litość mieć będzie...
    — Jak zdesperuję — rzekł Jacek — to Łowczance dam znać, że mnie na świecie nie ma, bo żyć wówczas nie będę.
    — Ani mi się waż — przerwała panna — musimy na swojem postawić.
    Energia z jaką to mówiła, choć nie wiedząc sama na czem się opierała w tych nadziejach, coraz więcej Jacka ośmielała.
    Całował ją po rękach, za kolana ściskał, nie wiedział jak dziękować.
    — Zaręczeni jesteśmy z sobą, to tak jak ślub — dodała Łowczanka. Ksiądz mi sam mówił, że tylko błogosławieństwa kościelnego brak, a słowo dane to tak jak przysięga. Między żoną a mężem wszystko wspólne — dodała — mów mi prawdę? masz co na drogę?
    Zaczerwienił się okrutnie Jacek i skłamał.
    — Mam — rzekł — starczy mi com wziął...
    — To dobrze — dorzuciła Łowczanka — ale kto wie jak się to długo pociągnie i co jeszcze trafić się może. Ja mam moich własnych dwadzieścia dukatów zapieczętowanych, które mi matka dała na wiązanie. Nie będzie potrzeba odwieziesz mi, a zapotrzebujesz, weź.
    Pobiegła do kufra. Jacek się opierał, zmusiła go do wzięcia. Potem zaszlochała głośno i, pierwszy raz w życiu rzuciła mu się na szyję.
    — A to żebyś pamiętał — zawołała — że mnie już rzucić nie możesz... Teraz, Bóg z tobą, jedź! jedź!
    Takie było rozstanie, a gdy rodzice wstali, wypłakawszy się, oczy obmywszy, pomodliwszy się Łowczanka chodziła już około gospodarstwa, tak że trudno było poznać co przecierpiała...
    Z rana klucz od stancyi Zadorskiego odniósł chłopiec Koniuszemu, który poszedł sam, zrewidować