Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zadora.djvu/37

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Otóż, wstąpił do piekłów, po drodze mu było — począł wąsaty. Śliczne intineraryum sobie asindziej wybrałeś. — Gdzie u Boga!
    Początek ten rozmowy, kobietę starą, która się zlękła zrazu i siwego co stał u pieca, widocznie uspokoiły.
    Głosem drżącym, cichym, pokornym staruszek zwracając się do Jacka — rzekł prędko:
    — Juści, wielmożny pan pobłądził, a oto i noc, nie ma innej rady tylko u nas, choć nie wygodnie noc przebyć, a jutro ja na gościniec wyprowadzę.
    — Jabym dał radę lepszą — wtrącił z butą szlachecką mężczyzna w czapce. — Jestem oficyalistą księcia Radziwiłła, mieszkam ztąd o lekką milę, proszę na nocleg do mnie. Szlachcic u szlachcica znajdzie przyzwoitszą dyetę niż u chłopa... Jestem Mazanowski, do usług.
    Zadorski się skłonił, wybąknął bardzo śpiesznie swoje nazwisko, które drugi raz musiał powtórzyć, bo Mazanowski podchwycił. Jak? jak? i wytłumaczył się, że konia miał zmęczonego bardzo a sam też się srodze na koniu stłukł.
    — Z biedy to wielmożny pan i u nas się jako tako prześpi — dodał stary.
    — A jak moje nie w ład, to ja z mojem na zad — rzekł dumnie Mazanowski. — Jak nie łaska — to — co robić. — Nocuj asindziej u chłopa!
    To mówiąc, zwrócił się do starego:
    — Pamiętaj-że mi, ty chamie! aby wszystko było w porządku, bo jak drugi raz się to zdarzy, jak Bóg miły, jak Bóg miły, na siwy twój włos nie zważając, tak grzbiet wyłoję, że popamiętasz.
    Pogroził bizunem, który trzymał w ręku, a starzec do nóg mu się tylko pokłonił.
    Za tem powtórzywszy ubolewanie, iż Zadorski do Mazanowskiego nie raczył, przeprowadzany przez ugiętego w pół staruszka, który szedł mu strzemię przytrzymać, wyniósł się butnie, hałaśliwie Mazanowski.