Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zadora.djvu/120

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Nie wiem sam — rzekł Jacek — potrzeba by wrócić do Ks. Podkanclerzego i dalej pisać, ale po co? Jak do czego innego, tak i do tego ochoty brak...
    Przegadali tak cały wieczór, potrzeba było coś postanowić. Jacek nie miał woli do niczego. Dopóki mu jakiś cel się w życiu uśmiechał, praca wszelka szła raźno, teraz i ona i życie mu ciężyło. Matka pierwsza postrzegła, że go trzeba z tego odrętwienia czemś wyrwać i zaczęła nalegać, aby do Warszawy powracał. Kobieta prosta miała ten rozum powszedni, nie obałamucony żadnemi ubocznemi względami i nałogami, który często widzi najjaśniej, w najtrudniejszych zadaniach.
    — Juścić — rzekła — duszy dla jednej kobiety gubić nie będziesz, życia sobie nie odbierzesz, trzeba taki żyć, a jak żyć, to i coś robić na życie. Szukać nowego, to tam trudno, bo chybić łatwo; musisz powrócić do znajomych ludzi i do tego do czegoś nawykł.
    Antoszek słuchał i głową potwierdzał, bo w rozum żony wierzył jak w ewangelią.
    Jacek tedy trzeciego czy czwartego dnia, choć opieszale, zaczął się wybierać — i wyjechał.
    Czekano go tam w kancelaryi nie z wielką pewnością, czy powróci. Ks. Podkanclerzy był prawie pewien, że ożeniwszy się, zagrzebie się na wsi; ks. Jezierski za nic nie ręczył. Bolano tylko, że go nie łatwo zastąpić przyjdzie, bo miał tę wielką zaletę, rzadko spotykaną u ludzi zdolnością obdarzonych, iż na swoją rękę i po swej myśli nie upierał się robić nic. Można się nań było spuścić, że wykona co mu polecono, nic nie dodając i nie ujmując.
    Gdy się ukazał w owej izbie kancelaryjnej, gdzie się go już widzieć nie spodziewano, powitano go radosnym okrzykiem.
    — Zmartwychwstał! — zawołał ks. Jezierski, szeroko ręce do powitania rozkładając. — Jakże? incre-