Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zadora.djvu/119

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Nie, ojczulku — rzekł Jacek — sercem sobie naprawił i uzbroił, aby wiedziało, iż nadziei szczęśliwości na ziemi dla niego już nie ma!
    — Nie plótł byś — odparł Koniuszy. — Gdybyś miał rozum, właśnie byś na złość jej wybrał sobie młodą i ożenił się, a byłbyś szczęśliwy.
    — Chyba nie — rzekł Jacek — co innego to dorywcze amory i po nich ochota do odwetu. Ja już mogę powiedzieć, jakby wdowcem po niej jestem, ośm lat żyłem myślami z nią i dla niej, przyrosła mi do serca — a teraz...
    — Wszystko to z czasem zwietrzeje! — rzekł Koniuszy.
    Parę dni jeszcze zabawił Jacek tutaj, chodząc jak mruk, jak cień, nakoniec do rodziców się wybrał.
    Tam w ubogej chatce myślano o nim nieustannie i starzy mówili sobie, że się już ożenić musiał. A że im się na weselu być nie dostało, wcale nie brali do serca, bo się tego nie domagali i nie spodziewali.
    Gdy Jacek, konie zostawiwszy w gospodzie, przyszedł sam do rodziców, podbiegli ku niemu oboje z wesołemi twarzami.
    — A co, Jacku kochany! po weselu...
    — Gdzież tam! — odparł usiłując się uśmiechnąć — wesela już nie będzie.
    — Toż dla czego? — zawołała stara — a takeście się kochali.
    — Prawda, ale pannie się czekać znudziło — wybrała sobie innego.
    Powiedział to umyślnie z udaną obojętnością, aby nie poznali jak cierpiał.
    Stara matka zamilkła, czekając dalszych objaśnień, ojciec, niemieszający się nigdy do niczego, oprócz gdy mógł usłużyć, patrzał z daleka na syna i głową kiwał. Pomimo przybranej obojętności, którą chciał okazać Jacek, widać było, że w sobie ciężkie strapienie ukrywa. Pocieszać go nie śmieli, ani by potrafili. Stękali z nim razem.
    — Cóż teraz myślisz? — spytała matka.