Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zadora.djvu/110

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    nie było obcem to, że w p. Zadorskim szczęśliwego bodaj konkurenta Łowczanki oglądał.
    Podziękował za grzeczność pan Jacek i zmilczał.
    — Mogę panu winszować — dodał Podsędek — gdyż mając szczęście od niejakiego czasu często tu gościć, cnót i przymiotów panny Łowczanki napatrzeć się też miałem sposobność. Heroina to jest wielkich cnót i doskonałości!
    Na tem wieczorna rozmowa dokończona została, a wkrótce potem Podsędek ległszy tak straszliwie chrapać zaczął i świstać przez sen, jakby wiedział, iż Jackowi spać się ani brało ani chciało.
    Gdy muzyka ta ustała nad ranem, Zadorski dopiero usnął, a Podsędek przededniem obudzony do ogrodu z pacierzami poszedł.
    Ranek był bardzo piękny, ale dla biednego Pokrzywnickiego smutny. Odmawiając koronkę chodził i wzdychał, gdy w głębi ogrodu niespodzianie, ową heroinę wczorajszą spotkał z pękiem kwiatów w ręku.
    A że człek był grzeczny, choć mu większa część niedokończonej koronki przepadła (bo ją w takim razie rozpoczynano na nowo) — powitał heroinę:
    — Jakże panna Łowczanka ranna! — zawołał.
    — Wzajem to sobie powiedzieć musimy — odparła panna Barbara.
    Rzecz wielce osobliwa — spojrzawszy w oczy pannie, gdy się ją bardzo szczęśliwą widzieć spodziewał, znalazł w twarzy wyraz nadąsania i jakby wielkiej niecierpliwości, prawie gniewu.
    — Że ja wstałem rano, to nie dziw, panno Łowczanko dobrodziejko — rzekł — na duszy mi dziś bardzo ciężko. Nie mam co taić! Przybycie tego szczęśliwego pana Jacka, dla mnie jest sygnałem, abym się rejterował! A kto długo żywił jaką taką nadzieję w sercu, temu wyrwanie jej, niezmierną sprawia boleść.
    Gdy to mówił panna w kwiatki patrzała dziw-