Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zadora.djvu/101

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    W istocie spojrzawszy na tych dwoje pokornych staruszków trudno się w nich było domyśleć rodziców pokaźnego, pięknej postawy mężczyzny, ubranego bardzo dostatnio i przy szabli, którą miał zawieszoną na haczykach, aby się nie wlokła, idącego ku ołtarzowi.
    Widzieli jak tu kląkł, ręce szeroko rozłożył, głowę podniósł ku niebu, westchnął, modlić się zaczął pół głosem i bić w piersi. Chwilę długą pozostał tak zamodlony i zadumany, potem pochylił się, ziemię pocałował, w piersi uderzył znowu, wstał zwolna, do skarbonki na prawo poszedł wrzucić kilka groszy i zawrócił ku wyjściu.
    Rodzice ścigali go oczami, Maryś go teraz na pewno poznała, ale nie śmiała przystąpić, siedziała jak wryta. Odziana była tak ubogo, a on wyglądał tak pańsko.
    Jacek wyszedł tym czasem z zadumy swej, oczami potoczył do koła i zobaczywszy matkę stanął, a potem wnet przyspieszonym krokiem postąpił ku niej i przypadł do kolan jej, a Maryś, w płacz! Antoszek podbiegł i jeszcze kożuszyny wstydził, czy mu wypadało przystąpić czy nie do tego jasnego syna?
    Ale Jacek kolana matki uścisnąwszy, zawrócił się tak samo do ojca, który o mało też nie ukląkł przed nim; a rozpłakał się głośno.
    Nikogo już w kościele świadkiem tej rozczulającej sceny nie było, oprócz jednego dziadka, który świece pogasiwszy z kijem w ręku stał, patrzał i wytłumaczyć sobie tego nie umiał.
    Wyszli tak wszystko troje razem z kościoła, i powolnym krokiem poczęli wracać ku chacie.
    O szczęściu dziecka nie wiedzieli jeszcze starzy. Dopiero teraz im Jacek oznajmił, dobywając w chustkę zawinięte pudełko, które pargamin zawierało, że oto narzeczonej swej szlachectwo wiózł...
    Poczciwi staruszkowie nie mogli swej ciekawości pohamować, żeby też zobaczyć jak ono wyglądało, ale z tem czekać musieli do chaty... Tym czasem sy-