Strona:Józef Ignacy Kraszewski - W starym piecu.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


odpierała jakieś jego napaści, których Pampowski dobrze nie rozumiał, lecz w tej surowości była razem poufałość zbytnia i rażąca.
Wśród bardzo żywych sprzeczek z baronem, oczy wdówki latały w ciemny kąt ku komornikowi, i mówić się zdały: — Poczekaj i na ciebie przyjdzie kolej! Siedział więc i zabawiał się kontemplacyą.
Mahoński, jakby czuwał nad baronem, z którym przyszedł, nie odstępował od nich i od stolika. Siedzieli tak wszyscy, jak gdyby jedni drugich chcieli przesiedzieć. Parę razy wstawał Pampowski, lecz nieznacznie dawała mu znać wdowa, by został. Naostatek ruszył się Mahoński, wstał Mahlhagen, wyszedł z kąta i komornik, żegnali się wszyscy, gdy pani Brombergowa szepnęła mu do ucha.
— Mam interes! zostań pan!
Było to rozkazem, uszczęśliwiony zawrócił się od drzwi.
Piękna gospodyni poszła do kanapy i siadła smutnie zamyślona.
— Ten nieznośny Mahoński — odezwała się po długim przestanku — naprowadza mi tu gości. Baron człowiek przyjemny, znać, że z lepszego świata, ale to tylko bałamuty.
Każdy z nich radby z położenia osamotnionej, bez opieki zostającej kobiety korzystać, a na żadnego z tych elegantów rachować nie można.
Gdy to mówiła, głos jej zwykle ostry, stał się przykrzejszym jeszcze, groźnym prawie.
— O! ci mężczyźni — dodała podnosząc białą pięść do góry — wszystkichbym wytopiła.
Zwróciła się ku komornikowi, który miał tego dnia kondolencyjną fizyonomię. Spojrzała nań i uśmiechnęła się.
— Panubym tylko darowała życiem! bo jesteś dobry człowiek, ale ta młodzież!
Przysunęła się po kanapie zwolna ku Pampowskiemu.