Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Tułacze tom I.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została przepisana.


zów, nie na rakuszan i na wszystkich wrogów swych.. jużby dziś stopy wroga nie ujrzał na świętej ziemi naszéj... I nie byłoby takich zaprzańców, co rosną ze zgnilizny jak wrzody, ludzi, jak Branicki idących z Moskwą na swoich, nikczemników, co gorzej niż zgubę, bo spodlenie imieniowi polskiemu przynoszą.
Ale — przerwał po chwili kończąc, źle mówię — żal mi myśli pomieszał. Któż wyroki Boże odgadnie? drogi jego nie zbadane, ten wie, który z niebios patrzy, co z nas robaków uczyni.. czy motyle jeszcze czy kroplę gnoju.. Bo nie nie idzie darmo na świecie.. ani prochu ziarno.. a myśmy prochem.. w ręku jego.. narzędziem tylko..
Przychodzisz, dziecko moje, w złą chwilę, ale ci robotnicy najdrożsi co bez nadziei zapłaty pracują.. bo nagroda ich będzie wielka.
— To téż, ojcze, rzekł Karol, jam nie rachował ani na sławę, ani na zwycięztwo.. poszedłem, bom pójść był powiniem.
— Tak święcie czynisz, odparł pułkownik — ale gdy na ofiarę zabijają starego wołu który Już pługa nie pociągnie, mniéj go żal.. a tyś..w sile wieku!
— Jeśli rzeczy tak zrozpaczone, przerwał