Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Stary sługa tom I.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   32   —

i jakby usiłując pozostać chłodnym, do drugiej izby się skrył.
— Nie możnaby ci służyć kieliszkiem wódki? — spytał Kalanka, — dobrą ma szabasówkę.
— Dziękuję panu, po herbacie wyjechałem z domu, bo miałem gości — rzekł kłaniając się nieco Boikowski.
— No! a na polowanie się zbierzemy?
— A! dobrzeby to było — odparł ekonom — ale zajęcia tyle, że człowiek czasu połapać nie może.
— Właśnie chciałem cię prosić do siebie, mój panie Boikowski; mam w Otrębach knieję dobrą, jesteś amatorem myśliwstwa, strzelasz wybornie, zabawilibyśmy się, mam psy doskonałe. Możebyś przecie urwał kiedy chwilkę wolną?
— Jeśli pan tak łaskaw, muszę mu służyć.
Po tych kilku słowach, których żydzi z wielką słuchali uwagą, choć zdawały się nie zajmujące, zaczęto mówić o koniach i Kalanka z panem ekonomem wyszli do bryczki obejrzeć bieguny, a razem i kozackiego wierzchowca, którym się chwalił Boikowski.
Był to także niepozorny szkapa, chudowaty, grubokościsty, grubonogi, szyja długa, łeb wielki, ale miał niezrównane posiadać przymioty.
Kalanka wsiadł na niego i przejechał po piasku, sprobował czy zwrotny, wypuścił, osadził i zmęczonego oddał w ręce Zmorze.
— A co? — śmiejąc się zapytał Boikowski — prawda, że dobry koń?
— Nie ma co mówić, tęgi, pod charty byłby jedyny; niech no pan przyjedzie do mnie, utniemy może facjendkę.
— I owszem, ja od tego nie odbiegam; — kładnąc ręce w kieszenie rzekł Boikowski — aby tylko dobra!