Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiele, przyszło mu to pewno później, gdy nawykł, gdy się przywiązał, gdy w nas rodzinę znalazł. Naówczas mu się już nowego życia poczynać nie chciało — i został na łaskawym chlebie, płacąc ubogim to, co wam był dłużnym.
— Mój ojcze — ślicznieście to powiedzieli i tak ja to chcę rozumieć, ciągnął dalej gospodarz. — Darujże mi jeszcze jedno pytanie. — Grzeszny jestem, ciekawy. Jakież to on tam sumki sub secreto na ubogich daje? praeter propter.... Sto, dwieście złotych rocznie.
Ks. Woroszyło się uśmiechnął.
Verbum!
Verbissimum — zawołał żywo Podkomorzy — ja lubię gadać, ale języka długiego nie mam.
— Daje i po dwa i po trzy tysiące naraz, na ubogich i klasztory.
— A! niechże go kaczki zdepczą! — krzyknął Podkomorzy, ależ ja go widzę, że w przyszwach chodzi i często niemal wyszarzany. Więc....
— Więc, jakieś rzekł panie Podkomorzy — rozśmiał się ks. Woroszyło — mirabilis Bombarda Dei!
Długie nastąpiło milczenie. — Pan Kazimierz był zupełnie zmięszany, i zbity z tropu. Tajemnica każda wydawała mu się podejrzaną — i tu jej w Czuryle nie lubił. Clara pacta! — powtarzał często. Zasępiony więc rzekł wzdychając do księdza:
— Wszystko to dobre — ale, mój ojcze, nietoperze tylko latają po nocy — ja sekretów nie lubię. Zważaj, mój ojcze, że kto tak pieniędzmi sypie, a tai się z niemi, kto wie jak je pozyskał.
— Na to, p. Podkomorzemu, nic już odpowiedzieć nie mogę — rzekł ks. Woroszyło, chyba słowami Zbawiciela: — „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni.“