Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A dlaczego inaczej mam sądzić? — coraz niecierpliwiej mówił stary. Unde ratio?
— Hm — odezwał się proboszcz — ja więcej panu nie powiem nic — tylko, że ten gołysz.... ten gołysz, na ubogich tak pieniędzmi sypie, jakby mu się rodziły nasiane.
Zdumiał się mocno stary.
— A to — coś nowego! — pierwszy raz słyszę?
Nastąpiło krótkie milczenie. Ks. Woroszyło mówił potem zwolna:
— Nie wiem co i zkąd ma — mnie tam nic do tego, a że świadczy wiele, zawsze pod zaklęciem żeby o tem nikt na świecie nie wiedział, to ja panu tylko jednemu wyjawiam, i obliguję, proszę, zaklinam, aby to między nami zostało — Verbum nobile.
— A no — verbum, verbum! — odezwał się Podkomorzy, ciągnąc wąsy. — Dosyć, że — mirabilis Bombarda Dei!
Mirabilis Bombarda rzadko się Podkomorzemu wyrywała, i tylko w nadzwyczajnych zdarzeniach, gdy był mocno wzruszony.
— Mój ojcze — dokończył po chwili — w tym człowieku więcej jest tajemnic niżby się patrząc nań, spodziewać można. Człek osobliwy, cały w sekretach. No — proszęż cię, proszę, naprzykład, to siedzenie jego u nas na rezydencyi, gdy, jak się okazuje, pieniądze ma, i mógłby czy dzierżawkę, czy zastawkę sobie wziąć, a toż nie chandra?
Ja za to Panu Bogu dziękuję, bobym się bez niego nie obszedł — a no tak po ludzku.
Nie dokończył stary, gdy ks. Woroszyło wnet począł:
— To nie chandra — szanowny kollatorze. Mnie się widzi, że gdy do was przybył, nie musiał mieć