Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Mój księżuniu — rzekł wreszcie — tylko o tem — nikomu. Któż to może wiedzieć? Lepiej tego nie znać i o tem nie mówić.
— Nawet przed Szczepanem o tem nie mówcie.




Stosunki pomiędzy Kurzeliszkami a rezydencyą książęcą następnie ostygły nieco, bo Podkomorzy na swój rachunek u Kołłupajły brać pieniędzy sobie nie życzył. Ta włoszka popsuła interes, strawić jej nie mógł Podkomorzy, powtarzając że półtora roku od niego starszy, rozum-by przecie mieć powinien.
Kołłupajło był bardzo zamożny szlachcic, ale prostak i starego kroju. Chociaż go już nie zaczepiano więcej, trzeciego czy czwartego dnia siadł na kałamażkę jednokonną, którą się sam powoził i przybył do Kurzeliszek, do Podkomorzego.
Cybuli się w drodze objadł i gdy wszedł do pokoju p. Kazimierza, niewiedzieć co było poczynać, chyba okna otwierać, bo cybula sobie, a buty dziegciem smarowane, także woń silną wydzielały. Poufały był ze wszystkiemi, więc siadł przy Podkomorzym, i nie łacno się go pozbyć było.
Chcesz hroszy, mówił trochę z ruska i zprosta ja tobi dam, mój Podkomorzy, ile dusza zapragnie a mojej kabzy stanie, ale kniaziowi nic. To, wielcy panowie. Jak będzie brał, to mnie do stołu zaprosi i posadzi przy sobie, a jak przyjdzie oddawać, u rządzcy w przedpokoju będę stał i prosił się posłuchania. Ja już to widywał. Machał ręką strasznie Kołłupajło, pluł do koła, gadał dużo — i ledwie go wyciągnięto ztąd na obiad, poczem odjechał. A, choć się zaklinał, że księciu pieniędzy nie