Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co zwykle! jakieś dziwactwo! — rzekł mąż.
Gdy się to działo we dworze, Czuryło na młodym dereszu wyjechał tyłami za stajnię, postał na drodze jakby rozmyślając chwilę i puścił się do plebanii. Kościół parafialny i dom proboszcza nieopodal był od dworu. Na plebanii się świeciło.
Zastał ks. Woroszyłę chodzącego po izbie z brewiarzem w ręku.
— Niech będzie pochwalony.
Proboszcz ręką machnął, dając znać, że wprzódy modlitwę skończyć musi, jakoż poszeptał chwilę, przeżegnał się i dopiero odpowiedziawszy na pozdrowienie, poszedł uściskać Czuryłę.
— Cóż to tak późno, kochanku? — spytał — czy uchowaj Boże, nie zaszło co we dworze? Tylkoco widziałem się na drodze z p. Szczepanem.
— We dworze nie ma nic, wszystko postaremu.
— Ale, ba — nie koniecznie, rozśmiał się ks. Woroszyło — p. Szczepan jechał z wielką wiadomością! Świat do góry nogami. Dygnitarz i książe chce odwiedzić Kurzeliszki. Stary Podkomorzy bodaj tego honoru, biedaczek, nie odchorował.
Skrzywił się Czuryło.
— Ja tu właśnie do was, mój ojcze, po drodze wstąpiłem z proźbą, z tego powodu. Oto w takiej chwili, gdy możebym Podkomorstwu mógł być potrzebnym, muszę jechać! Stary się na mnie pogniewał trochę — a ja — muszę jechać! powtórzył Czuryło.
— A cóż ci to znowu jest — i co znaczy to — muszę jechać? — zapytał ks. Woroszyło.
Czuryło spuścił oczy — westchnął.
— Cóż to za paroksyzm znowu! powtórzył ksiądz.
— Sądźcie mnie jak chcecie — rzekł Strukczaszyc,