Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czę się tem, co tylko mam najświętszego, iż — muszę jechać.
Nie odpowiedział staruszek aż nierychło:
— Słuchaj, Czuryło, ty mnie znasz! Ja się w cudze sprawy nie mięszam. Czym ja kiedy ciebie pytał gdyś jechać chciał, albo ci bronił? albom cię, uchowaj Boże, szpiegował i posądzał? — nie moja to natura. Ależ, żyjemy z sobą tyle lat, beczkę soliśmy zjedli, a ty, niedobry człecze, nie miałeś dla starego przyjaciela, i na tyle zaufania, żebyś mu się ze swych trosk i kłopotów wyspowiadał. Znasz-że mnie? hm? a ja ciebie? tyle tylko, że cię wiem poczciwym i dobrym przyjacielem, aleś mi się na odrobinę nie zwierzył nigdy.
Czuryło, który ręce spuściwszy, załamane je trzymał, podniósł je teraz do góry.
— Mój ojcze i dobrodzieju — zawołał — nie brak to zaufania, ani brak wdzięczności za tyle łask, których od was doświadczyłem; aliści człek radby w duszy pogrześć to, co mu życie zatruło. Jabym się i do zbrodni przed wami przyznał — ale do tego, co nie mnie samego obchodzi — co drugich tyczy...
Machnął ręką — Nie gadajmy!
Z ciekawością słuchając, patrzał nań staruszek, i nie rzekł już słowa. Dopiero gdy za czapkę chwyciwszy, odchodzić miał Strukczaszyc, jeszcze go zaczepił:
— Ale czyż musisz jechać?
— A! muszę! Bóg widzi! muszę! powtórzył gwałtownie. Zbliżył się do ręki starego, pocałował ją i szybkim odszedł krokiem. Jeszcze się był może za dom nie oddalił, gdy stary dzwonił na Jarmuszkę. Wszedł chłopak rozespany.