Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


talistów, co mi dostarczą pieniędzy, to moja rzecz. Wojewodzina się uśmiechnęła:
— Nie pytam, gdy niewolno — ale niepospolicie jestem ciekawą. Więc mogę rachować na to, że mnie pan zasilisz?
— Jutro — powtórzył Waroszyło.
— I nie będę potrzebowała ani zastawiać moich klejnotów, ani się pozbywać majątków?
— Obejdziemy się bez tego.
— Pan jesteś cudowny człowiek — dodała Wojewodzina — nie rozumiem, ale uwielbiam.
Tegoż dnia pojechała do Podkomorstwa, cała rozpromieniona. — Stary p. Kazimierz kazał się do niej wyprowadzić, bo był zawsze ciekawy tego „Heroda.“
Gdy od pierwszych słów poczęła mu dziękować za plenipotenta, Podkomorzy, który o jego czynnościach wcale nie wiedział, a znał jego ubożuchne położenie, zdumiał się tak, że zamilknąć musiał. Nie mieściło mu się to w głowie.
Chwaliła się nim Wojewodzina — to nic jeszcze, lecz nazajutrz wpadł Kołłupajło zły i kwaśny jak ocet.
— Przybyłem ja podziękować, jaśnie wielmożnemu Podkomorzemu! a godzi się to nas biednych tak rugować i pędzić! Wojewodzina bezdzietna, co jej po majątku, szlachta-by się była zapomogła, bez krzywdy niczyjej — a oto nas pędzą precz z zastawów.
Wiedzieliśmy, że pieniędzy nie mają, bośmy się o wykupy prosili — a tu, ni przypiął ni przyłatał, jak piorun z jasnego nieba, i pieniądze nam kładą na stół! Ot, jakeśmy wyszli z łaski Podkomorzego!
— Zlituj się, człecze! dlaczego z mojej łaski! Co ci w głowie?
— A któż pieniędzy dał? — niby to my nie wiemy?