Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Roboty i prace.djvu/307

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    był panem być siebie, Piętka upokorzony padł na krzesło... Gniéwał się na siebie i na losy. To, co popełnił, już było w oczach jego własnych brudném, bo egoistyczném, lecz więcéj daleko obawiał się przykrości, na którą patrzał z przeczuciem jakiémś przykrém i trzéźwém. Dokąd go to zaprowadzić mogło? Męczył się tak jeszcze myślami swemi, gdy drzwi pomalutku się otworzyły i do niepoznania wyelegantowany, z wesołą twarzą wszedł Wytrychiewicz... Piętka, znając sługę i pryncypała, nie wątpił, iż przyjście jego nie było przypadkowe...
    Wytrychiewicz udawał niezgrabnie dandysa...
    — Czy mogę wejść? nie przeszkadzam? zapytał skromnie. Właśnie powracamy z podróży, chciałem się o zdróweczko zapytać i w rachunkach o jedno prosić objaśnienie. Pozwoli pan?
    — Bardzo proszę, rzekł zmieszany Piętka, bardzo proszę.
    Wytrychiewicz wszedł z uśmiéchem chytrym na ustach. Miał z sobą papiéry, które na stoliku położył.
    — Powróciliśmy dziś w nocy, rzekł, podróż by się była doskonale udała, bo mój pryncypał umié, chwała Bogu, chodzić koło interesów, ale nam Werndorf popsuł i szyki pomieszał...
    Piętka zdziwiony spojrzał mu w oczy...
    — Pełen chytrości człowiek, mówił Wytrychiewicz odchrząkując, wszystkoby pod siebie chciał zagarnąć... Niéma sposobu z nim. Pan dyrektor powrócił pełen żalu i słusznie... Dziś całe